Języki obce, METODA

Jak (na)uczyłam się języka angielskiego? Czy język obcy można znać perfekcyjnie?

Nie będzie to wpis z serii: jak perfekcyjnie opanować język angielski. Nie piszę tu nawet „obcy” ponieważ nie traktuję języka angielskiego jako obcy. Wydaje mi się, że znajomość języka angielskiego jest dziś naprawdę obligatoryjna. Brak tej znajomości w jakiś sposób nas zubaża podczas odczytywania pewnych sloganów, odbierania nazw, komunikacji w większych miastach, podczas podróży. Będzie to wpis o efektywnej nauce języka obcego i wnioskach wyciągniętych przeze mnie po latach nauki.

[heart_this]

Perfekcyjne opanowanie języka angielskiego

W tym akapicie wypowiadam się jako lektor języka polskiego jako obcego. Coś takiego jak perfekcyjne opanowanie języka obcego nie istnieje o ile uczymy się go:

  • jako języka obcego,
  • nie przebywamy w „pełnym zanurzeniu” na co dzień.

Możemy powiedzieć, że opanowaliśmy język obcy perfekcyjnie na swoje / dane / konkretne potrzeby. Możemy stwarzać wrażenie umiejących jakiś język perfekcyjnie ponieważ w danych okolicznościach posiadana wiedza i umiejętności komunikacyjne nam to umożliwiają.

Jednak jeśli osoba, która (twierdzi, że) zna pewien język perfekcyjnie, nagle znajdzie się w danym kraju wśród jego rodowitych mieszkańców posługujących się danym językiem … już pierwszego dnia może trafić na: przeszkody w komunikacji, problemy ze zrozumieniem mowy nativ’ów (lub odwrotnie). Może też radzić sobie świetnie, ale od czasu do czasu odkrywać swoje braki w wiedzy, które oczywiście błyskawicznie nadgoni przebywając w danym środowisku przez dłuższy czas.

Poniżej przeanalizujemy sobie drogę, którą przeszłam w nauce języka angielskiego, tak, by wyciągnąć z niej pewne wnioski. Na koniec podsumujemy to co było w tej nauce dobre, a co złe i wypunktujemy jak najwięcej elementów wpływających na efektywną naukę języka od podstaw.

Moje początki z językiem angielskim

Można powiedzieć, że nauka języka angielskiego była moim marzeniem. (Jak śmiesznie to brzmi dziś – w 2017 roku, prawda?). Jednak w latach 90. dopiero rozpoczynał się trend zapisywania dzieci na zajęcia dodatkowe. Mój wolny czas całkowicie zdominowała szkoła muzyczna, więc na język nie starczyło już czasu.

Kiedy w wieku 14 lat w końcu miałam okazję uczestniczyć w lekcjach angielskiego to była dla mnie prawdziwa bomba. Nie było w tym żadnego obowiązku. Pani anglistka, która po czasie okazała się polonistką z uprawnieniami do nauczania języka angielskiego miała z nami Krzyż Pański. Klasa o zupełnie zróżnicowanej znajomości języka, wszyscy wrzuceni do jednego wora. A do tego nauczyciel, któremu dyrektor pokazuje obcięte fundusze i po prostu mówi „masz, weź ich i ucz”.

Mimo trudnych warunków Pani Agnieszka (tyle pamiętam) świetnie sobie radziła i nie ostudziła we mnie tego zapału, który narastał przez lata. Miałam wrażenie, że ciągle chciałabym wiedzieć więcej a ona mnie – początkującemu adeptowi tego dostarczała. Reszta klasy uczącej się angielskiego od przedszkola pewnie się wtedy nudziła.

Mam pewne wspomnienie z tego okresu, które też chciałabym Wam opisać, ponieważ nawiąże do innego posta, którego przeczytać możecie tutaj na blogu. Tata nakazał mi wtedy (to śmieszne określenie ale w przypadku mojego taty i jego metod – jedyne słuszne) oglądać BBC po angielsku. Chciałabym Wam pokazać jak bardzo się śmieję, kiedy wspominam jak próbowałam ukryć przed nim to, że zasypiam. Niestety dla dzieciaka po 1,5-rocznym / 2 letnim kursie angielskiego był to zdecydowanie nietrafiony wybór zarówno jeśli chodzi o poziom trudności jak i tematykę.

Liceum

W liceum chodziłam do klasy o profilu z rozszerzonym angielskim. Język angielski mieliśmy sześć (jeśli dobrze pamiętam) razy w tygodniu. Niestety trzy lata licealnej edukacji zaowocowały totalnym znużeniem i zniechęceniem. Nie wspominam z tych 3 lat niczego innego poza godzinnym siedzeniem nad podręcznikiem i mechanicznym rozwiązywaniem ćwiczeń. Jak widać rutyna źle wpływa nawet na cenionych nauczycieli. Rzadkością były (nawet sztucznie – ale zawsze coś!) stwarzane sytuacje komunikacyjne. Naprawdę jedyne co pamiętam to krótkie wprowadzenia nauczyciela do tematu i … wieczną pracę z książką. Oj ktoś tu na studiach chyba przysnął na metodyce, albo ja wyolbrzymiam bo miałam wtedy fju-bździu w głowie. Skrzywdziłabym jednak nauczyciela, gdybym nie przyznała, że nauczyłam się w tym okresie dużego zasobu słownictwa. W wielu sytuacjach wydaje mi się, że wcale go nie pamietam, ale jednak gdzieś w tych zakamarkach mojego mózgu słowa pozostały i przypominają o sobie w najbardziej spontanicznych sytuacjach, a o to chyba w posługiwaniu się językiem obcym chodzi.

Prywatne korepetycje indywidualne

W międzyczasie moja kochana Babcia, wydawała ostatnie sto złotych monet odłożonych na czarną godzinę, na korepetycje u znanego i cenionego nauczyciela, który miał przygotować mnie do matury. To przykre, ale ten „znany i ceniony” brał na siebie tyle zajęć dodatkowych, że na moich korkach, które odbywały się zazwyczaj około godziny dziewiętnastej / dwudziestej … po prostu przysypiał. Nie chciałabym tutaj jednak (mówiąc brzydko) jechać po zapracowanym i zmęczonym człowieku, ponieważ winna byłam jedynie ja. Powinnam być asertywna i zwyczajnie z korków u tego Pana zrezygnować.

Dodatkowe szkoły językowe

Od 15 roku życia, czyli od 2 klasy gimnazjum chodziłam na zajęcia dodatkowe z języka angielskiego w prywatnych szkołach językowych. W dobrze dobranych grupach, z dobrym i pomysłowym nauczycielem, z odpowiednim podręcznikiem zrobiłam spory skok jeśli chodzi o znajomość języka angielskiego. Były też lata nudy i stagnacji, które w danym momencie wydawały mi się stratą czasu i pieniędzy. Okazały się natomiast potrzebne. Więcej – na dole w podsumowaniu.

Wyjazdy do Anglii i studia

Na szczęście zaraz po maturze zyskałam możliwość stałych wyjazdów do rodziny do Anglii (do mojej kochanej cioci Ani i Natalki, które gorąco w tym miejscu pozdrawiam!) i to właśnie tam zderzyłam się z językiem tak naprawdę.  Na początku były to wyjazdy typowo wypoczynkowe, później wyjechałam także w celach zarobkowych. Callington, później Launceston to miasta w Kornwalii, którą pokochałam od pierwszego wejrzenia. Tam przeżyłam (nie)  mały szok, a zarazem zmotywowałam się do działania.

Oczywiście głównym problemem nie było to, że nic nie rozumiałam, lub też to, że nie umiałam nic powiedzieć. Problemem było to, że NIKT nie rozumiał mnie.

oops

Po tygodniu przebywania wśród tubylców zaczęłam omijać szerokim łukiem wszystkich staruszków i dzieci ponieważ to oni byli dla mnie najbardziej problematyczni. Staruszkowie nie rozumieli mnie, a ja nie rozumiałam dzieci. Po kilku wyjazdach sytuacja się zmieniła. Zawsze kiedy zostawałam sama (bo wstydziłam się jak cholera…) starałam się do kogoś zagadać. Po czasie weszło mi to w nawyk i tego kontaktu zaczęłam szukać. Z czasem też takie okoliczności  pojawiały się same – szczególnie podczas długiego wyjazdu do pracy. To co mnie niezmiernie bawiło to bezbłędne strzały Anglików co do mojego pochodzenia. Kiedy już w myślach winszowałam sobie tego jak świetnie idzie mi komunikacja z miejscowymi oni puszczali torpedę, wnioskując oczywiście po moim akcencie: Jesteś Polką?

W międzyczasie rozpoczęliśmy kurs angielskiego na studiach. Grupa miała być niby zaawansowana ale guzik, trafiło do niej mnóstwo osób mocno początkujących. Zajęcia prowadzone były w zasadzie tylko ze mną i z moją koleżanką (Marta T.- również Cię ściskam jeśli jakimś cudem tu trafisz!).

Reasumując

Swoje wspomnienia z nauki języka angielskiego przedstawiłam powyżej z perspektywy ucznia, pomimo tego, że z pozycji lektora od razu mogłabym Wam przedstawić całą listę czynników wpływających na efektywną naukę języka: zarówno w placówkach państwowych, prywatnych, korepetycjach, za granicą, czy na zajęciach indywidualnych.

Z nauką języka jest tak, że kiedy ten proces trwa i trwa, i trwa, wydaje nam się, że to jeszcze nie jest ten moment, w którym umiemy wystarczająco dużo by zacząć się komunikować. Później jednak okazuje się (naprawdę zupełnie nagle), że przed chwilą byliśmy na poziomie średnio zaawansowanym a tak naprawdę zaczynamy rozumieć swój ulubiony serial bez napisów a komunikacja zaczyna nam przygodzić coraz łatwiej aż w końcu – naturalnie.

W tym przydługim poście chodziło jednak o to by na bazie powyższego móc przedstawić jak najwięcej elementów wpływających na efektywną naukę języka od podstaw. Pamiętaj:

1. Nauka w placówkach państwowych

Z każdych zajęć językowych czerp jak najwięcej, nawet w szkole podstawowej / liceum możesz wyciągnąć jak najwięcej dla siebie. Szczególnie na początkowym etapie nauczania nie są Ci potrzebne fajerwerki do ogarnięcia podstaw i bazowego słownictwa. Bierz więc z tego co Ci dają pełnymi garściami i nie szukaj wymówek.

2. Szkoły prywatne

Wybieraj szkoły prywatne, które przed przystąpieniem do zorganizowania grupy dadzą Ci do rozwiązania  test i przeprowadzą z Tobą rozmowę w danym języku (w zależności od poziomu). Korzystaj z zajęć szkół, które dobrze dobierają uczestników grupy tj. uczestnicy są na podobnym poziomie nauki, wiedzą po co chodzą na zajęcia i aktywnie  w nich uczestniczą.

Ważna jest też liczebność grupy. Uczestniczyłam w zajęciach 15-osobowych, 10-osobowych, 8-osobowych i 4 osobowych. Najmilej wspominam te 2 ostanie grupy. Większe grupy przypominają bardziej szkółkę wieczorową. Masz większe szanse na wyłączenie się po szkole, lub pracy i brak zaangażowania w zajęcia, a jak wiemy, nie o to w tym chodzi…

Dobra szkoła językowa posiada kursy o zróżnicowanym przeznaczeniu. Możesz pójść na kurs przygotowujący do certyfikatu, komunikacyjny, zwykły realizujący poszczególne etapy nauczania.

3. Zajęcia indywidualne

Na zajęciach indywidualnych postaw na komunikację. Rozwiązywać testy, lub pisać możesz w domu. Najlepszym rozwiązaniem wydaje mi się wybór zajęć indywidualnych z native speakerem. Na początku będzie na pewno trochę stresująco, ale myślę, że to będą Twoje najbardziej efektywne korepetycje.

Jeśli przygotowujesz się indywidualnie do egzaminu i korepetytor się nie przykłada, z takich korków trzeba śmiało rezygnować. Samo „chodzenie” na korki nie zapewni Ci dobrego wyniku, lub widocznego efektu.

4. Stagnacja i przyśpieszenie

Coś, czego w trakcie nauki nie rozumiałam, a co widzę po latach to fazy nauki i utrwalania. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że etapy stagnacji też były potrzebne. Utrwalasz wtedy wiedzę, którą już zdobyłeś/zdobyłaś, a później ruszasz dalej. Po kilku takich cyklach stagnacji i przyśpieszeń następuje widoczny efekt i posiadanie pewnych nowych umiejętności, wkroczenie na nowy poziom nauki.

5. Praca indywidualna, zaangażowanie

Na pewnym etapie bardzo duży „skok naprzód” daje nam zaangażowanie języka  w nasze życie codzienne. Jeśli nie możemy wyjechać do danego kraju warto wplatać sobie język do naszych codziennych czynności. Czasem dla zabawy starać się myśleć w danym języku lub wyobrażać sobie jak powiedziałabym/powiedziałbym tę samą rzecz po angielski. Czy to będzie oglądanie ulubionego serialu bez lektora i napisów, czy wieszanie słówek na ścianach, czy tłumaczenie tekstów piosenek – ważne jest to byśmy to lubili i by to nas maksymalnie wciągało. W ten sposób efekty nauki przyjdą do nas najszybciej.

6. Wyjazd do Anglii …

… lub innego kraju, na wymianę, do pracy, lub na wakacje. Taki wyjazd może być kamieniem milowym w rozwoju twoich umiejętności komunikacyjnych. Wykorzystaj ten czas dobrze i nie wstydź się rozmawiać, nawet jeśli kilka pierwszych rozmów będzie dla Ciebie jedynie stresem i porażką.

podpis pod notkąNo images found!
Try some other hashtag or username